Relacja z przylotu do Tajlandii Test&Go

Trasa: Kraków – Helsinki – Phuket

Uczestnik: Piotr Paulo

Agnieszka z naszego polskiego oddziału Asian Travel przygotowała mi dokumenty (oferujemy tę pomoc bezpłatnie dla wszystkich klientów). Na Thailand Pass czekałem niecałą minutę. Wydrukowane pdf z testami, passami, szczepieniami i licho wie czym jeszcze, dostałem w zgrabnej teczce, ułatwiającej życie covidowego podróżnika dalekobieżnego.

Wybrałem lot Finnairem. Odprawa na Balicach super, pani bardzo doceniła wspomniana wyżej teczkę czytając ją od deski do deski, co najmniej jakby to były świeże newsy z Tajlandii. Na krakowskim lotnisku w ogóle luz, połowa w maskach połowa bez, czyli standard. Za to w Helsinkach lekki terror maseczkowy. Niezależnie od tego, czy jesteś palaczem czy nie, siedzisz ostatecznie w palarni, bo tam można bez maski, a dodatkowo, w odróżnieniu od pozostałej części terminala, panuje tam lekko dodatnia temperatura.

Drugi boarding, kolejne czytanie teczki i już czeka na mnie super airbus A350, który – jak wyobrażam sobie – tylko dzięki architektowi z IKEA, może pomieścić w fińskim wariancie ponad 400 pasażerów. Dawno nie widziałem też tak pełnego samolotu – wszyscy chcą na Phuket, co w sumie wróży chyba całkiem niezły sezon turystyczny.

Jedzenia, a raczej paszy, którą podano, przez osobistą sympatie dla Finów, nie skomentuję. Serwowali za to doskonale wino, starczyło dla wszystkich, którzy chcieli – ale po jednej szklaneczce. Woda była na szczęście dostępna do końca lotu. Stewardesy bezlitośnie tyrpały człowiekiem, któremu przez przypadek zsunęła się maska podczas snu. Uznałem, że to taka lokalna kokieteria, więc załapałem się na wielokrotne tyrpanie. Pamiętałem też, że zaraz po lądowaniu czeka mnie drugi test PCR przed którym, zgodnie z zaleceniem ministerstwa zdrowia, nie należy myć zębów ani dezynfekować jamy ustnej, (aby przypadkowo nie zabić jakiegoś wirusa).

Zwarty i gotowy ucałowałem tajską ziemie i z duszą jasną ruszyłem na spotkanie Tajów przebranych za kosmitów.

Zona 1, czyli skan temperatury, ale już czuje się luz, uśmiech Tajów wystaje poza maski i przyłbice. Potem siadamy na krzesełkach, a kilkanaście asystentek pomaga przygotować i poukładać dokumenty. Ponownie – teczka jest bezcenna. Najpierw potrzeba Thailand Pass i Potwierdzenie PCR z Polski sprawdzane w okienkach „port Health and quarantine”. Później klasycznie kontrola paszportowa. Wszystko genialnie przygotowane i bez kolejek. Od wyjścia z samolotu przeszedłem to co opisane powyżej, w tym kontrole paszportową w 18 minut.

Przed odbiorem bagaży, które były juz na taśmie, namawiam na zakup karty SIM do telefonu na czas pobytu. Zwykła, 14 dniowa to koszt 300 THB (ok. 37 zł), a w mieście, wbrew pozorom, ciężko jest kupić. Tajki z punktu sprzedaży aktywują i zmieniają karty w telefonie, dostajecie gotowe do ręki i już można powiadomić bliskich o szczęśliwej podróży, a w razie jakichkolwiek problemów zadzwonić do nas.


Preferowana jest płatność gotówką, więc na lotnisku warto wymienić trochę pieniędzy, zwłaszcza jeśli musicie zamówić taxi. 100$ wystarczy bo oczywiście kurs lotniskowy jest gorszy, ale tylko trochę, przy mniejszej sumie różnice kursowe przestają mieć znaczenie.

Idziemy wg strzałek Test&go. Przygotowujemy wydruk rezerwacji i opłacony test. Po lewej czekają Ci, którzy jeszcze nie płacili – jest kasa, ale ja spokojnie wyciągam z magicznej teczki potwierdzenie płatności i podchodzę do jednego z szesnastu food-trucków przerobionych na punkty testowe. Po drodze ktos daje mi do ręki jakieś fiolki i QR kod do sprawdzenia wyniku testu. Generalnie sztab uśmiechniętych ludzi do obsługi i pomocy.

Chwile potem wychodzę na zewnątrz, gdzie albo czeka na nas zamówiony kierowca albo kupujemy taksówkę, tak jak dawniej. Kurs do Chalong 800,- thb. Zostawiam 100,- pani która z wdzięczności chce mi pchać wózek z walizka do taksówki. Drugą stówę dam kierowcy. Skoro pale papierosa w taksówce to jestem zwolniony z używania maseczki, chyba logiczne? Teoretycznie nie wolno mu się zatrzymywać po drodze, wiec proszę nie nadużywać, ale w razie wyższej potrzeby … Sprawdziłem czas – od wyjścia z samolotu, wsiadam do taksówki po 40 minutach.

W hotelu chcą jeszcze raz Thailand Pass, dowód opłacenia testu w Tajlandii, paszport, rezerwacje i departure Card podbite przez immigration. Aha – każą założyć aplikację Morchana, wiec jeśli chcecie skrócić czas wejścia pod prysznic to można to zrobić z wyprzedzeniem. Hotel musi zeskanować QR kod z tej aplikacji. Zawartość lodówki może różnić się w zależności od standardu hotelu; ja wybrałem opcje budżetową tuż obok biura, bo tak mi pasowało. Ale do rekreacji robionych za naszym pośrednictwem czeka zwykle „pakiet uzupełniający” który pomaga przetrwać czas do wyjścia „na miasto”

Już wysiadając z taksówki usłyszałem znajome piski z baru „Pitel cam bek leu” (w wolnym tłumaczeniu języka tajsko angielskiego – “Peter już wrócił”).

Po dokładnie 4 godzinach i 55 minutach od momentu pobrania próbki otrzymałem potwierdzenie negatywnego wyniku testu. Jestem wolny, w wolnym kraju Tajów.

Zabieram się do przywracania biura i bazy nurkowej do stanu tzw. używalności. Niedługo spotkam się ze znajomymi i zjem powitalny Tom Yum.

Czekamy na Was!